Codzienność niecodzienna

Wpisy

  • czwartek, 14 grudnia 2017
    • Profesjonalne

      Domowe spa nie ma porównania do centrum zdrowia i urody z prawdziwego zdarzenia. Wykorzystałam wreszcie kupon na zakończenie firmowej działalności i spędziłam dwie godziny w strefie wellness, kąpiąc się w jacuzzi, wygrzewając w łaźni osmańskiej, aromatycznej i parowej. Potem był półgodzinny zabieg pod hasłem "dotyk jedwabiu", który jedwabiem okazał się dopiero na koniec. W trakcie był niesamowicie intensywnym peelingiem cukrowym połączonym z masażem całego ciała. Tarcie, masowanie i gorący prysznic poprawiły ukrwienie i wygładziły skórę. A na zakończenie, masaż pleców i szyi z olejkiem. Miód dla moich miejsc bólowych, dla rozluźnienia i odstresowania. Po całej akcji czułam się jak nowo narodzona..

       

      Wprawdzie po rajskich przeżyciach trzeba było powrócić w tempie do rzeczywistości, ale już ze zwiększoną mocą. Ugotowałam obiad, pojechałam z Małym na kontrolę do chirurga (jest ok, kolejna za pół roku) i ekspresowo łapałam listę z podpisami do walki o nasz wakacyjny ośrodek nad jeziorem.

      Ponoć chcą go zamknąć z racji nierentowności, ale stali bywalcy rozpoczęli batalię na wszystkich frontach. Miałam 12 lat kiedy rodzice zabrali nas tam pierwszy raz pod namiot. Spędzaliśmy razem czasem dwa pełne miesiące wakacji, pokochaliśmy to miejsce jak drugi dom. Tata już się tak zadomowił, że jak tylko ma trochę wolnego, od maja do października jeździ tam co i rusz. Znają go wszyscy, a gdyby mógł kupiłby ziemię i wybudował tuż nad jeziorem letniskowy domek. Ale ziemia należy do lasów państwowych, jest tylko ten ośrodek i dom leśniczego. Zbliża się termin spotkania z panią Kanclerz i mam nadzieję, że rozmowy i podpisy na trzech pełnych listach uratują to miejsce przed likwidacją. 

       

      Z racji dalszego ciągu remontowego częściej bywam u rodziców. Choć wcale nie tak łatwo złapać ich w domu. Mama dostała się na darmowe ćwiczenia rozciągające, zapisała na język angielski, dwa razy w tygodniu śpiewa w chórze i jeszcze z Tatą baluje na kursie tańca towarzyskiego. Pełno jej wszędzie, a że dojeżdża komunikacją miejską, trzeba umawiać się na godziny. Zadeklarowałam, że z ćwiczeń będę ją odbierała autem, żeby sama późnym wieczorem nie wracała z centrum. Cieszy mnie bardzo, że chce jej się chodzić na te wszystkie zajęcia, bo wraz z jesienią miała spadek formy. Na szczęście energia powróciła i jeszcze nam jej dodaje, bo aż się chce działać i tworzyć. Na razie tworzę kolejne przebranie dla smyka. Kapelusz pożyczony, spodnie wyprane, jeszcze doszyć futro do kamizelki i będzie pastuszek jak malowany. Mały już wiersz na jasełka recytuje, ciekawe czy tym razem będzie w stanie zaprezentować go przed publicznością. Zobaczymy :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Profesjonalne”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 grudnia 2017 10:32
  • niedziela, 10 grudnia 2017
    • Nie Mikro, a makro

      Nie ma to jak po domowym spa ruszyć znowu w kierat, do (nie)ulubionego mopa i odkurzacza. Do płynów, ścierek i wszystkiego, co ma stworzyć ład i porządek. Oczywiście kosztem sił i nadwyrężonej ręki. Ale nadal stwierdzam, że warto. Że gdyby nie to, to zasypałoby nas w tym remontowym chaosie. Pył, krople farby, resztki taśm. Nic to, jeszcze trochę, jeszcze zacisnąć zęby, wyżyć się na zakupach, na bałaganie, wśród garów.

      A potem wskoczyć w kieckę, pomalować rzęsy i na przekór bezwładności i temu, że koleżanka nie mogła się wybrać, iść. Iść na relaks muzyczny, na wspaniałe doznania, na ciarki po plecach i odlotowe przeżycie. Iść na świetny koncert Mikromusic :) Byłam sama wśród tłumów, ale nie czułam się samotna. Nie tak, jak ze 14 lat temu na koncercie Madonny w Berlinie. Tu było bardziej swojsko i klimatycznie. Natalia Grosiak czarowała pięknym głosem i między piosenkami opowiadała anegdotki ze swego życia. Jedną z nich były słowa ojca do córki, który kazał jej upić swego przyszłego męża i bacznie obserwować. Wówczas dowie się, kim faktycznie jest ten człek. W praktyce wyszło tak, że pani Natalii mąż nie pije - czyli ona nie wie, z kim żyje ;) I o tym powstała ta piosenka.. 

      Koncert był i nostalgiczny i energiczny, przypomniałam sobie, jak bardzo lubię dźwięki perkusji, jaką moc ma gitara i głos.. który tak naprawdę w ogóle nie potrzebował muzyki. Mega było. 

       

       

      nie Mikro a makromusic

       

       

      Baterie naładowane, można sobotę spędzić poza domem, by Mężu mógł działać dalej przy malowaniu. Nawybierałam się farb, a i tak kolor na ścianie wychodzi zbyt jaskrawy..albo będziemy sami mieszać, albo trzeba dać na mieszalnik. Tylko tu znowu wróżenie z kart, albo się uda, albo nie. Resztę dnia spędziłam z synkiem u rodziców, by później porwać Męża i spotkać się też z Kasią na Jarmarku bożonarodzeniowym. Mama śpiewała kolędy, synuś jechał na weneckiej karuzeli i jak co roku oglądaliśmy Mikołaja i renifery life. 

       

       

       

      renek

       

       

       

      A dziś, po porannych porządkach, szykujemy się na wizytę cioci Teresy, nie była u nas ze dwa lata, to czas nadrobić. Szkoda tylko, że jeszcze w takim bałaganie i bez zasłon. Ale fajne spotkanie zawsze mile widziane, nawet przy jednej żarówce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Nie Mikro, a makro”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 grudnia 2017 11:18
  • czwartek, 07 grudnia 2017
    • Domek lejem pasterze

      Jakieś śniegi oglądam na zdjęciach w innych blogach, jakieś słowa o zimie czytam, a u nas 7 stopni na plusie i.. o tak..

       

       

       

      zima? 

       

      Dziecię wraca z przedszkola i śpiewa na cały głos: 

      "Domek lejem pasterze!" hmm pytam grzecznie, synuś jaki domek? Kto leje, o co chodzi? Potem wyrywa się z małej piersi - chwała na wysokości! I już wszystko jasne, choć wersja "Przybieżeli do Betlejem" trochę zmodyfikowana ;) Swoją drogą mamy za zadanie przebrać smyka za pasterza i trwają poszukiwania słomkowego kapelusza, by wpasował się w beżowe portki i kamizelkę, którą będę obszywać futrem. Dziadek chce zrobić kij pasterski, papierowy, żeby ofiar wśród przedszkolnych owieczek nie było.


      Zakupiłam wreszcie kalendarz na nowy rok, poprzepisywałam wszelkie święta i uzupełniłam dodatek z telefonami. Nawet nie wiedziałam ile już numerów mam nieaktualnych, ilu znajomych zniknęło gdzieś po drodze. Tyle na przestrzeni kilku lat pozmieniało się w moim życiu, ale na szczęście dobrze mi z tymi zmianami.

      Jeszcze tylko wraz z Menżem musimy ustalić tradycje domowe, bo wczoraj na ten przykład mieliśmy rozdźwięk mikołajkowy. U mnie prezent znajdowało się z samego rana pod poduszką, u niego dzień wcześniej trzeba było wyczyścić buty i to w nich szukał niespodzianki. W rezultacie naszych dywagacji czas minął i drobiazg dostał pod poduszkę dopiero po powrocie z przedszkola. W następnym roku musimy ustalić jeden wspólny front, choć radość i tak była duża, gdy Mały szukał śladów Mikołaja na podłodze i zaglądał najpierw pod nasze poduszki, by złapać zabawkę pod swoją.


      W ramach wspierania dobrego nastroju (nadal wśród remontowego chaosu) zrobiłam sobie wczoraj domowe spa, w ciszy, w ciepłej wodzie z pianką, z maseczkami, goleniem, henną brwi, peelingiem twarzy, dekoltu i wygładzaniem pięt. W końcu trzeba się jakoś zaprezentować na wyjściowym spa, z firmowego prezentu, na które zrobiłam wreszcie rezerwację. Poza tym od razu poczułam się bardziej zadbana, z większą energią i chęcią do działania. Mąż też docenił :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Domek lejem pasterze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 grudnia 2017 10:26
  • niedziela, 03 grudnia 2017
    • Grudnik

      Wierzyć się nie chce, ale już grudzień! Nadszedł mi tak jakoś niespodzianie, choć już ponad pół miesiąca temu choinki i ozdoby świąteczne z każdego kąta wyglądały. Na dokładkę zamiast grudnika kwitnie storczyk i też zmyłkę robi.. 

       

       

       

      niegrudnik

       

       

       

      Andrzejki, to już chyba tylko moi rodzice świętują, a ja za szofera robię wożąc ich na tańce. Pamiętam o tym dniu, bo Moniki mąż ma wtedy urodziny i życzenia im składam. Umawiamy się na spotkanie, jak już przeświętują imprezy w rodzinie. Chciałabym zaprosić ich do nas, ale gładź i szlifowanie przy okach znowu zapylają otoczenie. A zbliżające się malowanie skutecznie odstrasza gości. Na dokładkę wraz z grudniem szaleje zapalenie oskrzeli, u chrzestnej, która wylądowała na antybiotyku. I chyba też u mnie, bo kaszel z wnętrzy jakiś taki się pojawił, że aż strach. Choć całkiem możliwe, że to efekt pokatarowy, który sobie niefajnie spłynął tam, gdzie nie trzeba. Tak czy siak weekendowe plany znowu zweryfikowane. Zamiast domowej nasiadówki przy ciachu, wybraliśmy się na mały spacer do parku. I jeszcze raz dziś wybędę pospacerować z Sylwią. Jej Mikołaj też dopiero nosa z domu wychylił, po długim przeziębieniu. A tu zero stopni i mrozem po uszach daje. Właśnie żeby przed mrozem uciec, a dać dziecięciu trochę radości zrobiliśmy przejażdżkę autobusową i pierwszy raz tramwajem. Mały stwierdził, że w autobusie bardziej mu się podoba, bo i miejsca więcej i tak nie telepie na boki. 

      A w domu cieplutko, przy nowych oknach i obniżonym suficie pokój szybciej się nagrzewa. Zasiadam więc z racji grudnia i przedświątecznych klimatów do tematycznych książek.. "Cicha 5", "Garść pierników, szczypta miłości", "Biuro przesyłek niedoręczonych", "Szczęście pachnące wanilią", "Dwanaście niedokończonych snów" i "Pudełko z marzeniami". Niech ten grudzień mimo mrozu i przeziębień, będzie pełen ciepła i miłych chwil :)

       

       

       

      na grudzień

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Grudnik”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 grudnia 2017 13:54
  • czwartek, 30 listopada 2017
    • Kolory i plasteliny

      Goście wprawdzie nie przybyli (przełożone na weekend), ale na nudę nie narzekam. Ogarnianie w domu nie ma końca, a już wybieranie kolorów farb niejednego potrafi wykończyć i do zawału doprowadzić ;)

      Niby nic, szary kolor.. a co się nastałam przy pojemnikach, co się naoglądałam folderów. Co się nakłóciłam z Mężem, aż o mało dziecięcia nie zagubiliśmy w tym wszystkim! W naszym ferworze poszedł sobie w regały i nagle serce w gardle, gdzie jest Mały?? Uczucie potworne, aż mi krew odpłynęła, a na jego widok otoczonego zatroskanymi ludźmi ulga prawie do omdlenia.. Jak widać, przy dziecku farb nie należy wybierać. 

      Mały ponoć powiedział jak ma na imię, ale nie chciał powiedzieć jak brzmią nasze imiona. Na szczęście był blisko, nie zdążył się rozpłakać i tylko potem musiał się nasłuchać o pilnowaniu rodziców i nieznikaniu z naszych oczu. A i my już z czerwoną lampką w głowie, że w sklepach trzeba być jeszcze bardziej czujnym przy ruchliwym trzylatku. Tak czy siak po farbę pojechałam na drugi dzień, ale za to po wcześniejszym przetestowaniu 5 próbek na ścianie i wspólnej ostatecznej decyzji. Uff..

       

      Dla relaksu i korzystając z wolnego, odwołanego przez chrzestną wieczoru, spotkałam się z Kasią w kawiarni na pogaduchy przy herbacie. Teraz nawet w tygodniu takie miejsca tętnią życiem. Ludzie wychodzą poza domy, delektują się gorącą czekoladą, ciastem, nawet całymi rodzinami z różnych okazji lub bez nich. Jeśli tylko znajdzie się do tego wyjścia chęć. Bo zimą częściej jednak chce się zakopać pod kocem w domu..

      Żeby temu zapobiec, umawiamy się wstępnie z Kasią na łyżwy. Co nam z tego wyjdzie to się okaże, ale jak coś lodowisko już czynne i łyżwy czekają. Nasze dziecię natomiast pochłonięte ostatnio ciastolinowym prezentem od wujka. Wraca po przedszkolu i od razu chce lepić, wałkować i tworzyć. Przy naszej pomocy oczywiście, bo tylko wtedy pieczone w pudełkowym piekarniku i smakowane prosto z talerza plasteliny mają najlepszy smak (mniam) ;)

       

       

       

      plastelinki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Kolory i plasteliny”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 listopada 2017 11:59
  • niedziela, 26 listopada 2017
    • Gość w dom

      Ostatni szał sprzątaniowy wykończył nas przeokrutnie. Podłogi myłam ze 6 razy w całym mieszkaniu. Mój (nie)przyjaciel mop nawet zastrajkował i po drodze zaczął się rozwalać. Meblom wreszcie przywróciłam ich naturalne kolory, ale wszystkich okien umyć już nie dałam rady. Przy okazji zrobiłam porządki w szufladach i szafach, wystawiłam do sprzedaży konika na biegunach (poszedł w mig), poprzedni żyrandol, trzy sukienki i kamizelkę ślubną Męża. Zabawki przywędrowały na swoje miejsce i już w piątek, po przedszkolu Mały ruszył na dywan. Bawił się wszystkim tak, jakby nigdy tych rzeczy na oczy nie widział. Dobrze, że wynieśliśmy 4 reklamówki z pozostałymi drobiazgami, za jakiś czas je przyniesiemy i znowu będzie miał frajdę. Myślałam, że go do spania nie zagonię.. a już marzył mi się weekend i pierwsze przyjęcie dla rodziny.

       

       

      Moje imieniny połączyliśmy jeszcze raz z urodzinami smyka, gdyż Brat nie miał wcześniej możliwości złożyć życzeń i dostarczyć prezentów. Był więc tort i dmuchanie świeczki po raz trzeci. Mały przeszczęśliwy na widok zestawów do zabawy ciastoliną. Mam nadzieję, że te wszystkie foremki, wałki i wyciskarka pochłoną go na dłużej. Zapraszałam głównie na ciacho, ale nie zabrakło i słonych przekąsek, dla równowagi. Jedyne czego zabrakło, to zasłon w oknach i nowego żyrandola, ale nic to. Przy jednej żarówce też można miło spędzić czas, a przynajmniej nastrojowo ;) Prezenty kosmetyczne, kwiaty i zestaw do parzenia herbaty zasiliły moje półki. Od razu przetestowałam zaparzanie i pod tę herbatę zrobiłam czekoladowe fondue, z braku truskawek na bazie bananów, jabłek i mandarynek. Fajna sprawa i dobry pomysł na dziecięce przyjęcie, jedynie trzeba uważać, żeby się czekolada nie przypaliła (koniecznie..). 

      A w niedzielę, to już tylko pranie zrobić (nie wypada, ale potrzebna piżama do przedszkola, a wcześniej czasu brakło), wyprawić chłopaków na spacer, obiad przygotować, zrobić wpis i paść przed jakimś dobrym filmem, by zregenerować siły..

      W tygodniu przybędą kolejni goście, a jak wiadomo, gość w dom.. cukier i herbata na ławę - tego teraz u nas ilości nadmiarowe. 

       

       

       

      na herbatę

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Gość w dom”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 listopada 2017 12:20
  • czwartek, 23 listopada 2017
    • Okno na świat

      Jeden dzień i dwie godziny w drugi, tyle zajęło trzem facetom wymienienie okien w całym mieszkaniu. Szok i niedowierzanie mieszające się z podziwem. Teraz mam dwa dni na doprowadzenie mieszkania do ładu, by w weekend móc przyjąć gości. Po sufitach niepotrzebnie w ogóle sprzątałam. Wszystko wróciło do białego stanu i mam wrażenie, że już przyrosłam do mopa. Nic to, damy radę.

      Gdy patrzę na te białe ramy, na całe szyby (jedna z poprzednich miała malownicze pęknięcie w każdą stronę, zakrywane bujną zielenią w doniczce), nowe parapety i nawiewniki. To aż serce rośnie. Ten bałagan był tego wart ;) Mały tylko trochę pogubiony, bo co chwilę jacyś panowie po domu się kręcą, czasem obiad jemy na osiedlu (kuchnia odcięta), zabawki w sypialni, wszystko do góry nogami i ciągle kapcie trzeba nosić. Na szczęście ma naturę łatwo adaptującą się do nowych warunków. Byle by mama, albo tata byli w pobliżu, wtedy wszystko gra. Gra też u dziadków, bo częściej u nich bywamy, by uniknąć chaosu. A wczoraj jeszcze u Hani, na pogaduszkach przy owocowej herbacie.


      Ten chaos mimo wszystko mocno mnie zmęczył, może też chore zatoki mają na to wpływ. Bo ciągle z katarem, bólem głowy i na tabletkach. A tu na tej głowie pył i niekończące się sprzątanie. Kiedy już siły opadają zasiadam na kanapie przysuniętej do komody, tak, że wchodzi się na nią od góry. I oglądam filmy. Sympatyczny "Co za życie" z Angeliną Jolie i przepiękny, poruszający serducho "Wiek Adeline".. Trzeba mieć jakąś odskocznię od codzienności w bałaganie. I zbierać moce na wybieranie farb do malowania ścian i szukanie nowego żyrandola. Co jak się okazuje, wcale nie jest takie łatwe.

       

       

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Okno na świat”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 listopada 2017 14:16
  • niedziela, 19 listopada 2017
    • Gorączka piątkowej nocy

      W mieście ruch, remontowane ulice, otwierane nowe sklepy i nowe dyskoteki. Galaxy się powiększyło (ludzi opanowało istne szaleństwo), nowy rynek przed otwarciem, czyli będzie gdzie polować na świąteczne prezenty. Tym bardziej, że promocji nie brakuje i tylko trzeba się w cenach orientować, żeby nie przepłacać.

       

       

       

       

      zakupowo

       

       

       

      W domu też ruch, wzięłam się za wyszorowanie całej łazienki i ogarnianie pyłu po szlifowaniu i malowaniu. Choć w nowym tygodniu dojdzie kolejna warstwa, po wymianie okien. Ale zanim dodatkowe ciężkie prace, odstresowałam się przy piątkowym wypadzie z, jak to mawia Mały, moją ulubioną Beatką :) Nakombinowałam fryzurę typu pin-up, nie idealną, ale wreszcie odmienną od wiecznej kitki. Wskoczyłam w obcasy, tak rzadko noszone. I jako te dwie królowe nocy, zaszalałyśmy na parkietach. Najpierw przy klasycznym disco, jak za czasów kolonii nad morzem. Gdzie zmiksowane Modern Talking i Coco Jumbo, były tylko jednymi z hitów. Ja zachwycona, Beata pochłaniająca kolejne drinki pod hasłem "bo na trzeźwo tego nie udźwignę" ;) Co się naśmiałam i co natańczyłam to moje. Ale gdy poszły w ruch jakieś polskie remiksy należało zmienić lokal na bardziej ekskluzywny. I przy dźwiękach nowszych przebojów ruszyć w dalsze tany. Towarzystwo trochę młodsze, więcej przestrzeni i tancerki w tle, ku ozdobie. Na koniec wylądowałyśmy w clubie rockowym, który prócz koncertowych klimatów, też nie stroni od radiowych hitów. Nic dziwnego, że przyciąga największe tłumy, nawet o trzeciej w nocy. 

       

      Potem już tylko należy zarwaną noc odespać, dzięki Mężowi, który zabiera najmłodszy budzik na spacer. Ugotować rosół ku pokrzepieniu przeziębionego nosa (bynajmniej nie przez kaca, bo alkoholu nie tknęłam) i po regeneracji odwieźć szkraba do dziadków, by wraz z Mężem, Beatą, jej koleżanką i Hanią wybrać się do kina na przesympatyczne "Listy do M" 3. I powiem szczerze, choć to trzecia część, podobała mi się równie bardzo jak pierwsza. I nieważne, że banalny, że przesłodzony, że naciągany. Było się z czego pośmiać, było wzruszenie i wspaniały nastrój. Film, jak dla mnie, idealny na przedświąteczny relaks..

       

       

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Gorączka piątkowej nocy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 listopada 2017 10:57
  • wtorek, 14 listopada 2017
    • Przedłużone

      U nas nie może być tak, że są urodziny i w wybrany dzień robi się spęd rodzinny, ewentualnie w dzień kolejny spotkanie dla znajomych. Jak zaczynamy świętować, to na cztery razy i przez miesiąc ;) Najpierw ciasto u moich rodziców, potem świeczka z życzeniem u nas (w poremontowym otoczeniu), po drodze jeszcze pasowanie na przedszkolaka i wreszcie wyjazd do Zosi by i druga babcia uświetniła 3 urodziny wnuka. To nie koniec, bo i chrzestna zapowiada się z wizytą i wypada zaprosić Monikę z chłopakami, od których Mały już dostał wypasiony prezent. Na razie nie ma jak kogokolwiek ugościć, podłogi po podwójnym myciu nadal białe, kanapa stoi na środku pokoju, a ściany wołają o malowanie. Wszystko zresztą w zawieszeniu, bo nie znamy konkretnego terminu wymiany okien. Temat ma ruszyć pod koniec listopada, ale jest szansa że szybciej. Dokładne sprzątanie traci sens, a na zapraszanie wszystkich do kawiarni człek nie nastarczy.

      Doceniam, że Zosia sprezentowała tort, że mogliśmy spotkać się u niej i przy okazji przedłużonego świętowania odpocząć po tych sufitach. Mężu wziął dwa dni wolnego, dodatkowy należał się za sobotę i wyszedł z tego przedłużony weekend w formie małego urlopu. 

       

       

       

      i jeszcze jeden i jeszcze raz

       

       

       

      Spotkałam się przy okazji z Natalią na spacerze, a w kolejny dzień u niej w domu na zabawy z Małym i jej córką. Śmiałyśmy się, że rośnie mi przyszła synowa, bo tak całowała i przytulała naszego małego mężczyznę. Mężu w tym czasie pojechał z Damianem do kumpla na wspomnienia szkolne, a wieczorem niespodziewanie wylądowaliśmy na imprezie. Oboje trochę zmęczeni i z nastawieniem, że będzie słabo. Tymczasem to była jedna z lepszych imprez i choć tańczyłam ile się dało, to jeszcze mi mało. Dlatego ucieszyła mnie wiadomość, że na weekend przybywa z Danii Beata, a to się wiąże z babskimi pogaduchami i wypadem w miasto :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Przedłużone”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 listopada 2017 14:07
  • wtorek, 07 listopada 2017
    • Mam trzy latka

      I nadszedł wreszcie ten oczekiwany dzień, nasz mały Synek dołączył do grona trzylatków. Poszedł dziś z uśmiechem i cukierkami do przedszkola. Z radością, że będą mu śpiewać Sto lat i dostanie coś słodkiego. Choć nie wiadomo czy się przy tym nie rozpłacze, bo to i emocji dużo i nie lubi gdy wszyscy na niego patrzą ;) A ja wróciłam do domu i wśród pyłu, bałaganu i remontowego chaosu zaczęłam pompować kolorowe balony, żeby choć trochę ubarwić domowe otoczenie. Wstępnie świętowaliśmy u moich rodziców, dziś we troje, z babeczką w ramach tortu, prezentami i dmuchaniem świeczki. A w weekend może wreszcie uda się zasiąść normalnie przy stole, kupić tort i ucieszyć malucha nowymi puzzlami. Kończy wprawdzie 3 lata, ale układa już takie dla czterolatków. I jak tu nie być dumnymi rodzicami.

       

       

       

       

      skromne 3

       

       

       

       

      Naprawa sufitów kończy się jutro, zostanie podwójne malowanie w kuchni i rozliczenie z mojej strony. Po ustaleniach z ubezpieczalnią i inspektorem będzie cesję płatności na rzecz fachowców bezpośrednio przez spółdzielnię. I prawidłowo. Gorzej, że przy komisyjnym opukiwaniu pozostałych pomieszczeń natrafiono na głuche dźwięki w każdym z nich. Czyli domowe atrakcje na przyszłość mamy zapewnione. ..I oby nas wtedy w domu nie było.


      Tymczasem świętujmy kochany Synku, póki sufity nad głowami :) Rośnij zdrowo, z tym swoim ślicznym uśmiechem na ustach, z tą energią i radością jaką wnosisz każdego dnia. Z przytulaniem i wielką miłością jaką swoim małym serduszkiem potrafisz okazywać. Niech ten świat będzie Ci przychylny i ludzie, których będziesz spotykał, z dobrocią. Kochamy Cię najmocniej na świecie :*

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Mam trzy latka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 listopada 2017 12:04
  • niedziela, 05 listopada 2017
    • Klitka

      Nie ma to jak spędzać czas z przeziębionym dzieckiem na 12m2, w których to prócz sypialni upchnęło się kuchnię, salon, garderobę i plac zabaw ;) Drobiazgi poupychane w każdy kąt, garnki na szafie, przeciskanie się obok stołu i właściwie prosto z krzesła można skakać do łóżka. Tak oto żyjemy przez ostatnie cztery dni, dobrze, że z dojściem do łazienki. Połączenie ze światem owszem zachowane. Późnym wieczorem oglądamy filmy sensacyjne w odskoczni na kostiumowe melodramaty. Ale żeby dziecię jakoś w miejscu wytrwało w ciągu dnia, włączałam mu co jakiś czas bajki.. z przerwami między czytaniem książek, układaniem puzzli, skakaniem na poduszkach i włażeniem mi na głowę. Nie ma szansy na odpoczynek, na film czy na spokojne czytanie. Ale za to sufit w dużym pokoju jest podwieszony, ocieplony i lśni już bielą! 


      Ekipa remontowa składa się z dwóch sympatycznych panów, którzy za cel postawili sobie zdążyć z robotą do urodzin naszego smyka. Chwała im za to. Robią sumiennie, nie obijają się, dwie przerwy na kawę i dalej do pracy. Mówili, że nie pracują w soboty - przyszli i zostali tak długo, aż wszystkie płyty i w kuchni położyli. Zostało szpachlowanie i malowanie. Naprawdę jesteśmy pełni podziwu i przy okazji w podzięce podrzucam im ciacha i zapraszam choć na zupę. Zdążyłam ugotować późnym wieczorem, kiedy kuchnia była jeszcze czynna. Obecnie nie jest. Raz obiad przywiozłam z pobliskiego baru, a gdy Mały lepiej się poczuł wyskoczyliśmy zjeść na miasto. Kaszle jeszcze bidulek, ale na szczęście bez gorączki, więc wyjechaliśmy wreszcie z naszej klitki i na jesienny spacer. Po ostatnich deszczach, wichrach i szarościach taki widok naprawdę cieszył oko..

       

       

       

       

      słoneczna wolność

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Klitka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 listopada 2017 20:19
  • środa, 01 listopada 2017
    • Remont czas start

      Warto się czasami wkurzyć i wykrzyczeć swoje racje. Oczyściłam emocje i chyba zaskoczyłam inspektora budowlanego, który do tej pory miał styczność z chodzącą łagodnością. Fakt jest taki, że za sufity firma remontowa będzie dochodzić kasy od spółdzielni. Oddamy im to co obecnie z ubezpieczenia spłynęło, ale na tym nie koniec. Pisma do spółdzielni wygenerowane i będę cisnąć o odszkodowanie za zniszczone panele i lodówkę. Jak i większe dofinansowanie na okna, bo jak określił facet od okien, zamontowali szajs, który wypada z ram, przecieka i zmusza nas do wymiany. Czy uda się coś wywalczyć, nie wiadomo, ale warto spróbować.

       

      Dni nowego tygodnia wypełnione były telefonami, umawianiem terminów na pomiary, spotkaniami z rodzicami i wieczornym spacerem na cmentarz by zapalić światło pamięci..

      Oraz nową serią filmów, z których dwa o podobnej tematyce "Bardzo długie zaręczyny" i "Testament młodości" , kostiumowe historyczne o Marii Stuart, "Królowej Margot" i "Barrym Lyndonie" Stanleya Kubricka. Po takiej dawce czuję przesyt i na jakiś czas zamierzam odpocząć od tego typu filmów. Jedyną odskocznią było pocieszne kino akcji "Pozdrowienia z Paryża", obejrzane za sprawą Travolty i (Bożenko, tak, tak ) Meyersa z Tudorów.

       

       

       

       

       

      Tymczasem odpoczynek od filmów może być też i wymuszony. Wszystko zależy, czy przy naprawie sufitów nie odetną nas od sieci. Firma zaczyna jutro z samego rana i kombinuję jak tu pochować kable, żeby uratować połączenie. Wszystkie zabawki, ozdoby i kwiaty już wyniesione. W razie czego pozostają mi książki, ewakuacja do rodziców i tylko przedszkole niepewne, bo Mały zaczął kaszleć. Mieliśmy miesiąc spokoju od przeziębień, który doceniam widząc rosnącą temperaturę, szkliste spojrzenie i oczywiście ciężki moment na chorowanie przy rozpoczynającym się remontowym chaosie, który potrwa kilka dobrych dni..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Remont czas start”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      środa, 01 listopada 2017 23:00
  • niedziela, 29 października 2017
    • Polska Venezia

      Jak tu wytłumaczyć dziecku, że jeszcze ma spać godzinę i nie zrywać się o przestawionej 7 rano. A później wieczorem tak smyka położyć spać, żeby w poniedziałek był przytomny. Że nie wspomnę i o nas, bo oboje dziś za dnia drzemki zrobiliśmy.. Ponoć to ostatnie przestawianie czasu i na tym zostajemy. 

      Tatowe urodziny świętowaliśmy dwa razy, najpierw w mniejszym gronie, w domowym zaciszu, przy ciachu i deserach lodowych. Później w Caffe Venezia, gdzie dołączyli i Mężu i dziewczyna Brata. Na talerze ruszyły gnocchi, pene z kurczakiem, spaghetti i kalmary w cieście. Czyli trochę włoskich klimatów w krajowym wydaniu..

       

       

       

       

      venecja

      foto: caffe-venezia.pl

       

       

       

      Tata zadowolony z prezentu zrzutkowego, w postaci biletów na Andrusa. Człek by częściej korzystał z takich przyjezdnych koncertów czy teatrów, gdyby ceny były tańsze. I tak fajnie, że dzięki rodzicom możemy choć pozwiedzać restauracje z wyższej półki, a nie tylko bary bistro i kebaba. Swoją drogą tych restauracji trochę się w mieście pootwierało. Chętnie by się jeszcze zajrzało do "Nieba", do "Gruszki i pietruszki", gdzie kuszą smakiem grillowane skiby, zupa dyniowo-imbirowa i lawasz, lub spróbowało kuchni brazylijskiej. Może przy następnych rodzinnych urodzinowo-imieninowych okazjach..

      Tymczasem w domu tradycyjne mielone, podane z ryżem polanym sosem i fasolka z podsmażoną bułką. Danie rozgrzewające w ten lodowaty weekend, gdzie huragan szaleje, grad stuka o szyby, a temperatura zmusza już do założenia ciepłej kurtki. Na szczęście udało się złapać moment na szybki spacer po parku, w kapturach, ale bez parasola.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Polska Venezia”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 października 2017 19:26
  • czwartek, 26 października 2017
    • Nerwy i marfewka

      Niby czasu powinnam mieć dużo, bo nie pracuję i siedzę w domu. Oczywiście tak to wygląda z zewnątrz. Tymczasem budzę się ok 7 rano, szykuję siebie i malucha do wyjścia. Droga do przedszkola, potem zakupy i do domu, gdzie zawsze jest coś do zrobienia. Jeden film dziennie to moja chwila relaksu. A tak to pranie, gotowanie, sprzątanie, zabawki codziennie do poukładania (nauczanie dziecka porządku nie należy do zadań łatwych) i ostatnio ciągłe telefony, maile, pisma w sprawie sufitów i okien. Tematy z jednej strony są rozkręcone, co cieszy. Ale z drugiej tak obciążają budżet, że nie wiem czy damy radę. Te 25% dofinansowania do okien, którymi czarowała spółdzielnia, okazało się dodatkiem liczonym od metra kwadratowego, a nie od kwoty końcowej. Żenada. Na dokładkę, za sufity jednak my mamy zapłacić, a potem ubezpieczalnia odda. Ale czy odda, a jeśli nawet to kiedy? Tak się wkurzyłam na inspektora, który złote gruszki na wierzbie obiecywał, że kasę dołożą, że zrobią wszystkie sufity - tymczasem tylko te co odpadły. Wydarłam się na niego, że co - w takim razie czekamy aż pozostałe na nas spadną? Aż mi dziecko uszkodzą? W sypialni, we śnie? Normalnie nie wytrzymałam, powiedziałam, że wzywamy rzeczoznawcę, a jak się coś komuś tu stanie to prokuratura. Pierwszy raz tak mi nerwy puściły. Facet może i nic nie jest w stanie zdziałać, tylko po cholerę kłamie i manipuluje. Zamiast od razu szczerze powiedzieć co i jak. Jeszcze mi tu ubezpieczyciel mówi, że z winy budowlańców takie numery się u nas dzieją, że spółdzielnia odpowiada i oni powinni za sufity i okna oddać w całości. Czeka mnie kolejne podanie do prezesa i następna wizyta, bo nie można odpuścić. Po tych moich wrzaskach plus taki, że od razu ustalili termin do sufitów. Zaczynają z początkiem listopada, czyli planowane w domu 3 urodziny naszego smyka trzeba będzie przełożyć na późniejszy termin. 

       

      Żeby ukoić nerwy wybrałam się z Kasią na długi spacer z kijkami, wędrowałyśmy po parku ze dwie godziny. Ona zaprawiona w chodzie, bez auta i przemierzająca wiele kilometrów dziennie. Ja z zadyszką, bez kondycji, ale za to wreszcie rozruszana i dotleniona. Odpoczęłyśmy w kawiarni przy cytrusowej herbacie, nagadałam się na zapas, a że Kasia zaczyna dziś nową pracę przy roletach, od razu zamówiłam u niej wstępną wycenę. Choć rolety to dopiero rarytas na nowy rok, kiedy już ogarniemy ważniejsze sprawy. Do przyjemniejszych tematów należą teraz, imieniny Mężulka i zbliżające się urodziny Taty. Dostaliśmy od niego zaproszenie na obiad w jakiejś nowej restauracji, a przy okazji ustalimy urodzinowe spotkanie dla Małego. Na szczęście wcześniej zaopatrzyłam się w prezenty dla wszystkich. Dziś tylko jeszcze polowałam na wymarzoną przez szkraba "marfewkę" - juniora za naklejki z biedronki (obleciałam trzy sklepy żeby ją trafić). Jak tylko zrobią sufity, będzie można wyprawić skromną imprezę naszemu, już prawie, trzylatkowi.. 

       

       

       

      marfewka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Nerwy i marfewka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 października 2017 12:49
  • niedziela, 22 października 2017
    • Historia

      Dynastia Tudorów zakończona, a ja nie mogę dojść do siebie po tych wszystkich przeżyciach, dawce emocji, romansów, dworskich intryg i Henryka VIII rewelacyjnie zagranego przez pana Meyers'a. Cały serial to mistrzostwo, ta muzyka, kostiumy, zdjęcia. Jakbym tam była. Zresztą później oderwać się nie mogłam i czytałam dostępne w necie informacje o dynastiach panujących w Anglii. Teraz wyszukuję kolejnych filmów o tamtych czasach. Jak choćby "Anna tysiąca dni", "Kochanice króla""Boży śmiałek...""Elizabeth" z 1998r czy "Elizabeth: Złoty wiek"

       

       

       

       

       

       

       

       

      Ale żeby nie było, że cudze chwalicie.. pochłonęłam też sporą dawkę danych o Mieszku I i Bolesławie Chrobrym. Już poluję na książkę "Lubonie" Kraszewskiego i na filmy o naszej historii. 


      W życiu bym nie pomyślała, że kiedykolwiek zafascynują mnie takie tematy. To coś jak z geografią, którą ogarnęłam dopiero, gdy zaczęłam podróżować po kraju i trochę po świecie. Natomiast gdy przypomnę sobie geograficzne i historyczne męki szkolne.. To uwierzyć nie mogę, że lekcje mogłyby być takie ciekawe.. a tak beznadziejnie nam je serwowano. Forma setek dat wkuwanych na pamięć (w stresie przedklasówkowym), powierzchni upraw rolnych, km kwadratowych i innych faktów, z których niczego się później nie pamięta. Szkoda, wielka szkoda. A wystarczyłby serial o Tudorach i proszę, pamiętam wszystko. Z chęcią pogłębiając wiedzę samodzielnie. Cudo.

       

      Tymczasem powróciliśmy po weekendzie u Zosi, wypoczęci, obżarci do rozpęku wskutek sałatki jarzynowej, bigosu. I solidnej porcji ciasta podanej z okazji zbliżającego się Mężowego święta. Przez jesienne wirusy nie udało mi się spotkać z Natalią, za to tradycyjnie odwiedziłam rynek. Kusiła mnie pewna szara kurtka, ale że przesadzili z ceną, obeszłam się nowym szalikiem, w pięciozłotowych granicach. Mając w zanadrzu wydatki remontowe trzeba uśmiechnąć się do kurtki kilkuletniej i przetrwać w niej do wiosny. Choć z chęcią przespałoby się deszczową jesień i zimę w formie takiego Miśka (Marga, kot Zosi naprawdę nosi takież imię ;) ).. choć może w wygodniejszych warunkach ;)

       

       

       

       

      przespać zimę

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Historia”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 października 2017 20:43
  • czwartek, 19 października 2017
    • W starym kinie

      Przyjechała i Zosia z Tomkiem, chrzestna naszego smyka i cała rodzina od strony Męża. Całkiem sympatycznie było, pomijając tematykę pracy, w którą nie chciałam wchodzić. Pojedliśmy ciasta, sałatek i najmłodszy wyszedł z całą torbą słodyczy.

      Umówiliśmy się już na kolejne spotkanie z Zosią. Ale zanim ono, to wybrałam się z dziewczynami do najstarszego kina w mieście (110 letnie). I nie na tradycyjną salę, ale do Kiniarni, gdzie film ogląda się przy stoliku, z kieliszkiem wina lub herbatą w dłoni. Film "Wszyscy moi mężczyźni" taki sobie. Bez większych emocji i raczej mało zabawny, jak na komedię. Ale za to atmosfera przy stolikach relaksacyjna i z klimatem. Lepsza niż w dużym kinie, z popcornem i komentarzami za plecami. Postanowiłyśmy spędzać teraz nasze babskie zloty tutaj, bo na dokładkę bilety są o połowę tańsze.

       

       

       

       

      stare kino

       

       

       

       

      Mały też miał ostatnio fajne wydarzenia, pierwszy Dzień Nauczyciela na który wybrał się z kwiatami dla każdej pani przedszkolanki. I pierwszy bal przebierańców warzywno-owocowy, gdzie dał się wbić w strój dyni, rodem z halloween. Tylko takie przebranie udało nam się zorganizować na czas, ale że rozmiar duży to i za rok będzie mógł je założyć. W kolejnym tygodniu trzeba zorganizować fartuch, małą deskę, dwa owoce i czapkę kucharską z papieru. Dzieciaki będą tworzyć sałatkę owocową, choć nie wyobrażam sobie manipulowania nożami przez trzylatki. Mam nadzieję, że panie wiedzą, co czynią ;) 

       

      Przez dom przewinęła się kolejna komisja, decydująca o dotacji na wymianę okien. A że mamy już ofertę o zatrważającej kwocie, to każdy zwrot będzie mile widziany. Prace mają rozpocząć się za miesiąc, czyli jest szansa, że będziemy mieli gdzie przyjąć gości na urodziny synka. Na razie delektuję się spokojem i lecę oglądać "Dynastię Tudorów", która pochłania mnie całkowicie od kilku dni. 

       

       

       

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „W starym kinie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 października 2017 10:00
  • niedziela, 15 października 2017
    • Książki w aktorskim wydaniu

      Rodzice za głowę się łapią na te nasze opowieści o mieszkaniu, przy ostatnim spotkaniu rozmawiałam z nimi o azylu, jak już zacznie się wymiana okien. Nie będę przecież siedzieć z dzieckiem w przeciągu i rozwalonych framugach. Terminy prac na razie nie są znane, w nowym tygodniu trzeba będzie znowu dzwonić i wszystkich popędzać.. jakoś mnie to nie dziwi.


      Tymczasem delektuję się kolejnym Festiwalem Czytania, trwającym w naszym mieście. Staram się być co roku, by wysłuchać choć kilku osobistości. W piątek na sali tłumy, wszystkie krzesła zajęte i po same brzegi wypchane przestrzenie. Pani Czubówna, po czytaniu "Sekretnego życia drzew", z kwiatami rozdająca autografy. A tu już na kanapę zasiada Ewa Kasprzyk i rozpoczyna książkę o Wandzie Rutkiewicz. Na sali znajome mi twarze, pasjonatów książek i fanów aktorów. Z zeszytami na autografy, z aparatami przygotowanymi do uwiecznienia tego wydarzenia. Mój niestety wypada bardzo słabo przy złym oświetleniu (marzy mi się nowy sprzęt), ale zawsze jakaś pamiątka pozostanie.

       

       

       

       

      czytanie 2017

       

       


      W sobotę spotkałam się z Kasią, by wysłuchać fragmentów książki o "Dziewczynach wyklętych" czytanej przez Olgę Bołądź. Szczupła sylwetka, swobodne ubranie i jedynie tematyka smutna i trudna. Potem dotarła Sylwia, na wysłuchanie reportażu Hanny Krall. Książnica na czas festiwalu staje się magicznym miejscem. Gdzie się człowiek nie obejrzy znane twarze - Anna Seniuk, Wiktor Zborowski. Krzysztof Kowalewski - towarzyszące wystawy i dodatkowe spektakle w różnych miejscach miasta. Cudo.

       

      Pojechałyśmy później z Kasią na pogaduchy do kawiarni. Ciekawa była mego pożegnania w firmie, gdyż sama kilka lat temu takie przeżywała. Trochę w bardziej nerwowych warunkach ale jednak. Dziś już do Książnicy chyba nie pojadę, choć z chęcią zobaczyłabym jeszcze raz Annę Seniuk, wspaniałą aktorkę i przemiłą osobę. Wybieramy się bowiem na urodziny kuzynki Męża i na spotkanie z całą jego rodziną. Jest szansa, że przyjedzie nawet Zosia z Tomkiem, za co trzymamy kciuki. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 października 2017 11:08
  • czwartek, 12 października 2017
    • Na pocieszenie

      Wreszcie się wszyscy przejęli i ruszyli do działania. Po zarwaniu kolejnego sufitu przez dom przewinęła się istna procesja. Najpierw inspektorzy budowlani, stwierdzając, że tynk został położony na goły beton i grozi nam zarwanie w kolejnych pomieszczeniach. Mama chciała nas u siebie nocować, ale Mężu opukał sufit w sypialni i wyglądało, że jeszcze się utrzyma. Później dotarli panowie z ekipy remontowej oświadczając, że pod koniec miesiąca wchodzą z remontem, usuną cały tynk i zamontują wszędzie sufity podwieszane. I tu niespodzianka - na koszt spółdzielni! My oczywiście oddamy uzyskane śmieszności od ubezpieczalni i dalej już się będą z ubezpieczycielem szarpać oni. Mam nadzieję, że faktycznie tak będzie, gdyż czeka nas ogromny wydatek przy wymianie okien. Była już i firma wykonawcza w tym temacie, pomiary zrobione, czekamy na wycenę. Potem pojawili się panowie dwaj, usunęli zwisające resztki tynku, posprzątali w kuchni i całość pozamiatali (szok). Jeszcze przybył facet z protokołem zniszczeń, sam dostarczył, wypełnił, ja podpisałam i zadeklarował, że i sam odniesie. Kolejny szok do kwadratu, a jeszcze z pierwszego nie wyszłam.

      Dziś kominiarz badał wyciąg w kuchni i w łazience. Ogólnie można podsumować całość tak - przestraszyli się. Nareszcie do nich dotarło, że tu się wali ludziom na głowy i życie się ryzykuje nasze i co najważniejsze małego dziecka. A że wina ewidentnie po ich stronie, to prokuratura i sądy szybko mogą się na horyzoncie pojawić. Poza tym, jak widać, moja wizyta u pana prezesa również miała wpływ na rozwój zdarzeń. I tak to powinno być.


       

      Na pocieszenie, pod betonowym sufitem, oglądamy sobie dobre kino domowe.. "Marsjanina" i rewelacyjny film akcji "Tajniacy:Mniejsze zło", z Kitem Harington'em. A już w babskich klimatach, korzystając z przedszkolnej wolności, zobaczyłam romantyczną perełkę "Od teraz na zawsze".

      Za to by pocieszyć podniebienie, po ostatnich przeżyciach, delektujemy się moim wypiekiem - odwróconym ciastem ananasowym (przepis z www.kwiestiasmaku.com), które to mimo gazowej, starej kuchenki upiekło się w sam raz. Tu jeszcze wersja przygotowawcza, zamiast dżemu warto jednak zaopatrzyć się w wisienki i polecam owe ciacho, jako smaczne i łatwe w wykonaniu. Skoro dla mnie nie stanowiło problemu, to zapewniam, że uda się każdemu :) 

       

       

       

       

      odwrócone

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Na pocieszenie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 października 2017 10:40
  • poniedziałek, 09 października 2017
    • Jasność

      Dni niepewności zakończone, tak jak i moja działalność w firmie. Po 12 latach pracy i 3 latach - macierzyński plus wychowawczy, podziękowano mi dzisiaj za współpracę. Cóż, często niestety bywa tak, że albo masz małe dziecko, albo karierę. W moim otoczeniu dużo matek potraciło prace, a że mam z nimi bezpośredni kontakt, to wiem z pierwszej ręki.

      Plus taki, że na wypowiedzeniu nie muszę pojawiać się w firmie. I że wreszcie wszystko jest jasne. Powiem tak, gdyby mnie przyjęli z powrotem, to bym chodziła, bo przecież trzeba. Ale szczerze, podświadomie chciałam takiego zakończenia. Atmosfera tam nerwowa, ludzie podłamani, dyrektor myśli o zmianie pracy bo ma już dość tego co się dzieje. Niektórzy muszą już dotrwać do emerytury i nie mają innego wyjścia. Młodzi natomiast boją się zmian i tego co niepewne przed nimi. Wielu mi zazdrościło, większość dobrze życzyła, usłyszałam masę komplementów i to był całkiem sympatyczny dzień pożegnania.. Dostałam kwiaty, butelkę rumu, kartkę z podpisami pracowników i zaproszenie na ponad trzygodzinny seans w SPA :)

       

       

       

       

      bye

       


       

      Później zaliczyłam wizytę u prezesa spółdzielni, żeby przyspieszyć wizytę inspektora budowlanego (będzie jutro). Zamówić pomiar wilgotności w mieszkaniu i żeby w ogóle coś się ruszyło w temacie ściany. Póki nie pada non stop i póki mrozy jej nie skuwają powodując pęknięcia. Wizje mamy już potworne, tym bardziej, że właśnie dziś oderwał nam się tynk w kuchni. Znowu cudem uskoczyliśmy spod walącego się sufitu. Ta da! Tak do kolekcji wrażeń i żeby czasem za spokojnie nie było.. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jasność”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 października 2017 17:55
  • czwartek, 05 października 2017
    • Domowe spa

      Dziecię nasze cały tydzień w przedszkolu, wprawdzie pokasłuje ale że kataru i gorączki brak, to śmiga chętnie. Dziś nawet pierwszy raz sam się obudził o 7, wyciągając z wyrka mnie dosypiającą.. Uczy się piosenki na pasowanie przedszkolaka, próbuje w domu śpiewać. I już wiem, że na występach niesamowicie się wzruszę. Ten tydzień raczej spokojny, wizyta u rodziców, trochę zakupów, gotowania i zakończone właśnie pranie. 


      Zaczynam przygotowywać się do rozmowy w firmie. Wzmacniam się mentalnie układając różne dialogi w głowie, ale i wizualnie chcę się dobrze prezentować. Poszłam na regulację i hennę brwi, zrobiłam domową mikrodermabrazję (polecanym przez Jol-ene) rewelacyjnym peelingiem , do tego ciepła kąpiel w pianie i pachnący balsam. A dziś idę do koleżanki na manicure. Ania ma mi wyczarować eleganckiego, żelowego "frencza" na pazurkach. Pierwszy raz będzie to żel i mam nadzieję, że ze dwa tygodnie się utrzyma.

      Planuję założyć jasną sukienkę, krótką marynarkę, do tego długie kozaki albo krótsze ale na obcasie. Dostałam już dwie potajemne wiadomości, że dyrektor o mnie walczy, pracy jest dużo i mnie potrzebuje, ale córka szefa nie odpuszcza i chce tam zostać. A wiadomo, że córki mają na ojców duży wpływ ;) Zresztą gdybym miała firmę, też bym zapewniła najpierw byt rodzinie. Nastawiam się więc spokojnie na wizytę pożegnalną i bez względu na wynik spotkania z szefami chcę się czuć elegancko ale swobodnie.

       

      "Spuszczam ze smyczy każdą męczącą mnie myśl.."

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Domowe spa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 października 2017 10:57
  • niedziela, 01 października 2017
    • Rejs i latino

      Uwielbiam weekendy pełne niespodziewanych zdarzeń :) Zwłaszcza wtedy, gdy się chce i energia dopisuje. Co wcale nie bywa zawsze i wszędzie.. Tym razem nadeszło takie połączenie i to na dokładkę wraz ze słońcem. 

      Zaczęło się od piątkowego wyjścia najmłodszego do przedszkola, czyli po długim czasie jego chorowania i pobytu w domu, złapałam trochę oddechu. Wprawdzie nie obyło się bez zakupów i gotowania, ale był też czas na film i książkę.

       

       

       

      pod palmami

       

       

       

      Sobotni Dzień Chłopaka spędziłam z moimi mężczyznami na festynie pod palmami, na który załapała się też moja Mama. Tata akurat wybył na ryby i grzyby, więc chciałam zagospodarować czas jego ukochanej. Było tworzenie statków z papieru i przystrajanie ich pomponami. Były balony zamieniane w zwierzaki, babki z piasku i znienacka - zaproszenie na rejs motorówką po rzece. Chłopaki nie dotarli, bo Mały uparł się, że zamiast pływać woli jeździć hulajnogą. Ale my z Mamą zachwycone i z wiatrem we włosach podziwiałyśmy okolice wyspy. 

       

       

       

      rejs


       

       

      Potem doczytałam, że wieczorem odbędą się warsztaty tańca, prowadzone przez instruktora szkoły salsy, baciaty, kizomby, czaczy, samby i tym podobnych klimatów. Chętne koleżanki wykruszyły się przed samą imprezą, więc wybrałam się z Mamą. W sali wielu chętnych, ustawiono nas parami w kilku rzędach i po rozgrzewce trenowałyśmy podstawowe kroki baciaty. Śmiechu było dużo, zwłaszcza mojego, bo musiałam robić za męską stronę. Co okazało się dużym wyzwaniem. Po godzinnym kursie zostałyśmy na imprezie próbując tańczyć i obserwując pary wirujące profesjonalnie. Wieczór prawie super.. brakowało mi Mężulka, który musiał zostać z naszym maluchem - ponownie zakatarzonym. Nadrobiliśmy wieczornym seansem filmowym z "Infiltracją", a wczoraj z "Niebiańską plażą" dla przypomnienia. 

       

      W niedzielne przedpołudnie wybrałam się z Mamą na targi nieruchomości i wystroju wnętrz, tak sobie pooglądać i dotrzymać jej towarzystwa, póki Tatko nie wróci. A po obiedzie z moimi chłopakami na spacer, grę w piłkę i lody.

      Weekend zakończył się jeszcze jedną niespodzianką - Monika już urodziła! :) Kilka dni przed terminem, ale najważniejsze, że szczęśliwie. Kubuś piękny i zdrowy, duży jak na jej drobną urodę. Cieszyliśmy się wraz z nią i gratulowaliśmy z całego serca.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Rejs i latino”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 października 2017 15:30
  • czwartek, 28 września 2017
    • Tulipany

      Myślałam, że Mały wróci dziś do przedszkola, ale asekuracyjnie został jeszcze w domu. Pójdzie na piątek, zetknąć się z wirusami, by w weekend być od nich daleko. Wzmacnianie po przebytej chorobie trwa i raczej nie ustanie przez cały okres zimowy. Choć domyślam się, że jeszcze nie raz w tym sezonie dopadnie nas przeziębienie. W sumie teraz u mnie katar i od dwóch dni jestem na lekach. Dobrze, że choć Mężu się jakoś trzyma w tym wszystkim. 

      Zakończyłam poszukiwania płaszcza, w sklepach ceny z kosmosu i nic mi się nie podobało. Idealny model zobaczyłam w necie, ale został już wykupiony. Dostanę wiadomość, jeśli jeszcze się pojawi w sprzedaży. Także czekam i chodzę w tym, co mam. Zresztą i tak musimy zacząć oszczędzać, bo jeśli mi w pracy podziękują to trzeba będzie zacisnąć pasa i zacząć się zastanawiać nad każdym wydatkiem. Póki jednak jeszcze mogę sobie pozwolić na jakąś atrakcję dodatkową, to korzystam. Jak choćby wyjście na babskie kino.

      Spotkałam się z Sylwią, Hanią i jej córką na "Tulipanowej gorączce". Gorączki wprawdzie film nie wywołał, ale jak dla mnie był dość ciekawy. Intryga misternie upleciona, rola Waltza rewelacyjna, natomiast romans, który miał być w zamyśle gorący był zaledwie letni. Bez większych emocji i z fatalnie dobranym DeHaan'em (wizualnie i aktorsko). Stwierdziłyśmy, że już DiCaprio byłby tu bardziej na miejscu. Ale że lubię filmy kostiumowe, to spędziłam miły wieczór z motywem tulipanów przewodzącym w konkursach i na sali kinowej.

       

       

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Tulipany”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 września 2017 13:03
  • poniedziałek, 25 września 2017
    • Hasło katar aktualne

      Nie ma lekko, większość dzieci w przedszkolach chora, z kartarami, kaszlami i jelitówką w roli głównej. W czwartek jeszcze Mały poszedł, więc udało mi się spotkanie z Moniką. Posiedziałyśmy przy herbacie i ciastkach z żurawiną, jej wyrobu. Miałyśmy swobodne trzy godziny, żeby nagadać się na zapas. Już niedługo pojawi się u niej drugi maluch, który wywróci życie do góry nogami. Przynajmniej na jakiś czas, póki nie opanują początkowego chaosu. Byle by tylko Igor był zdrowy, bo przy drugim dziecku, pierwsze w przedszkolu to duża ulga. A tu z tym przedszkolem radość przedwczesna. Fajnie, że się chłopaki dostali, tylko co z tego, skoro więcej ich tam nie ma niż są. 


      Nasz przez ten miesiąc był dziewięć razy, u Sylwii jeszcze weselej, bo synek w żłobku tylko trzy razy i zakończyło się antybiotykiem. My na razie na inhalacjach, udrażnianiu nosa i dziś kolejnej wizycie u pediatry. Wygląda na bakteryjne zapalenie górnych dróg oddechowych. A skoro bakteria, to tak łatwo się jej nie pozbędziemy. Mam tylko nadzieję, że uda się uniknąć antybiotyku. 

       

      Weekend spędziliśmy w domu, zawiozłam rodziców na urodziny do znajomego. Skorzystałam z odrobiny wolnego i powędrowałam do galerii w poszukiwaniu szarego płaszcza. Ja jak sobie coś wymyślę, to ciężko potem znaleźć. Chciałabym zgrabny, nie za długi płaszcz z kapturem i misiem dookoła. A tu tymczasem płaszcze po kolana, ciemne, bure, jakieś gryzące i z zamkiem na skos. Swoją drogą teraz te skosy tak modne, że trudno nawet o kurtkę zapinaną na prosto. Skusiłam się na krótką skórę, a'la ramoneska, oczywiście też ze skosami, ale za to w dużej promocji. Jeszcze się jesień nie rozkręciła porządnie, a tu już sezonowe wyprzedaże. Nic dziwnego, że ludzi w sklepach od groma, pogoda do tego deszczowa to i chowają się pod dachem. Cóż, jakoś jesień trzeba przetrwać, choć wolałabym zbierać kasztany i kolorowe liście podczas słonecznych spacerów..

       


       

       

      dajcie słońca!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Hasło katar aktualne”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 września 2017 13:14
  • czwartek, 21 września 2017
    • Niepewność

      Tydzień zdrowia i znowu u Małego pojawił się katar, mówią, że tak może być przez cały rok. Nie wyobrażam sobie takiego osłabiania organizmu.. Podajemy tran, lek na odporność i przeciwwirusowy, ale to coś chyba za mało. Pytałam już o szczepionkę odpornościową, którą ja sama miałam podaną w dzieciństwie. Mi bardzo pomogła, ale Brat po niej zachorował i o wiele szybciej łapie wszystkie infekcje. Chyba nie ma reguły.. Na razie do przedszkola chodzimy, drzemki idą coraz lepiej, rytmika mu się podoba, a od nowego miesiąca mają być dodatkowo piłki i tańce. Chciałabym żeby ze wszystkiego korzystał, tymczasem przeziębienia mogą pokrzyżować plany.

      Co do chorowania, to obejrzałam przepiękny film "Ponad wszystko".. piszą, że przewidywalny, ale bardzo ładnie nagrany i taki emocjonalny..

       

       

       

       

       

       

       

      A emocje i u mnie, choć związane z pracą. Dowiedziałam się, że została zwolniona koleżanka, wracająca po roku, prosto po macierzyńskim. Była dyrektorem działu u mnie w firmie. Ja jestem "tylko" zastępcą innego dyrektora i nie ma mnie tam 3,5 roku. Dyrektor ponoć walczy o mój powrót, ale jeden z szefów woli zostawić na tym miejscu swoją córkę. Która wprawdzie bez chemicznego wykształcenia, ale jako córka ma większą siłę przebicia ;) Z jednej strony trochę by mi było żal wypracowanych lat (no i wiadomo-kasa), ale z drugiej ucieszyłabym się mogąc nie wracać jeszcze do firmowego kieratu, stresu i zrywania się rano o nieludzkiej 5 godzinie. Tym bardziej, że atmosfera korporacyjna, ludzie się nie znoszą, niechęć wyczuwa się od samego wejścia. Dochodzą też dojazdy 50 km dziennie, zabierające godzinę czasu dodatkowo z rodzinnego życia.. Momentami mam chęć zadzwonić do dyrka i powiedzieć mu - nie walcz o mnie, ja nie chcę tam wracać. Ale czuję, że nie powinnam, że to takie poddanie się. Dziś przeczytałam zdanie "czasem ty decydujesz o wyborze, a czasem wybór decyduje o tobie". Nie wiem, co będzie lepsze, więc niech się dzieje wola Nieba.....

       

       

       

       

      wola

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Niepewność”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 września 2017 10:00
  • niedziela, 17 września 2017
    • Słoneczniki

      Miało być szybko do weekendu i było - po krótkich debatach Mężu wziął wolny dzień i już w czwartek mogliśmy pojechać do Zosi. Miała kilka dni urlopu więc warto było odwiedzić ją teraz, niż czekać na kolejny możliwy termin, za miesiąc lub później. Mały wprawdzie pojechał jeszcze z katarem, ale najważniejsze, ze bez gorączki. Mógł więc trochę pośmigać po ogrodzie, czy pojeździć na hulajnodze. A my odpocząć, obejrzeć sobie jakiś film w telewizji i spędzić fajny czas z Zosią i ze znajomymi. Udało się spotkanie z Natalią, jej mężem i córcią. Spontaniczne, na kawę i małe pogaduchy. A potem jeszcze sobotnie wyjście z Damianem i jego kumplem, na imprezę. Muzyka trochę nam nie podpasowała, za duże miksowanie, ale i tak do wpół do trzeciej tańcowaliśmy. W końcu jak już się uda rodzicom wyrwać, a babcia zajmuje się wnuczkiem, to trzeba korzystać ;) W niedzielę za to  odsypianie i relaks w ogrodzie ze słońcem w słonecznikach...

       

       

       

       

      słonecznie


       

       

      I ze smakiem świeżo zerwanych winogron i z przygotowanymi zapasami ogórków kiszonych, ziemniaków, cebuli i fasolki w zalewie. Tymczasem po powrocie do domu, już w planach pranie, odkurzanie i uszykowanie Synka do przedszkola. Od nowego tygodnia będzie zostawał na dłużej, z drzemką i pełnym obiadem. Muszę przejrzeć pozostałe ubrania zapasowe, porobić opłaty i ugotować jakąś zupę. W domu to jakoś zawsze jest co robić, choćby się krzątało od rana do wieczora. Nacieszę więc jeszcze oko słonecznym widokiem i zbieram siły do działania..

       

       

       

       

      słońce w słoneczniku

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kotimyszkot
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 września 2017 20:55